Głęboko w zimowym lesie, gdzie ośnieżone sosny wznosiły się ku szaremu niebu, rolnik Henry Calloway wyruszył na zbiórkę drewna na opał, nieświadomy, że ten dzień zmieni jego życie na zawsze. Chrzęst śniegu pod butami przerwał przytłaczającą ciszę, a lodowaty wiatr przeszył ubranie. Las wydawał się bezkresny i obcy.

Nagle Henry się zatrzymał. Przed nim, nad brzegiem zamarzniętej rzeki, coś dziwnie migotało w słabym zimowym świetle. Między drzewami wznosiła się ogromna, przezroczysta bryła lodu. W jej wnętrzu można było dostrzec ciemną sylwetkę – coś dużego i przerażającego, ukrytego pod warstwami szronu.

Mężczyznę ogarnęło uczucie niepokoju. Wydawało się, jakby sam las go obserwował. Podszedł bliżej i ostrożnie dotknął lodowatej powierzchni. Zimno było nienaturalne, wręcz parzące. Przez mętny lód dostrzegł zarys stworzenia: długie kończyny, masywne ciało i dziwnie ukształtowaną głowę. Na ten widok dreszcz przebiegł mu po plecach.

Henry mieszkał sam w starym domu na skraju lasu. Po śmierci żony przyzwyczaił się do spokojnego, umiarkowanego życia: doglądał farmy, palił w piecu i spędzał wieczory przy ogniu. Ale tego ranka wszystko było inne. Zapasy drewna na opał były prawie wyczerpane, a nadchodząca burza zwiastowała srogą noc. Wyruszył więc do lasu – i natknął się na tajemnicze znalezisko.